logo wersja-podstawowa granat 1

 

 IEiAK-CEBAM

 

MIP logo-1

 

IASFM

Polsko, twój opór przed uchodźcami jest żenujący!

Uciekinierzy z Bliskiego Wschodu, w szczególności z Syrii, i niektórych krajów afrykańskich, to gorący temat w dzisiejszych debatach publicznych. Cierpiący uchodźcy, to autentyczny problem. Tonący w Morzu Śródziemnym nieszczęśnicy są ciosem pośrednio wymierzonym w wartości wyznawane przez nas Europejczyków, mieniących się wynalazcami i obrońcami praw ludzkich. Ogrom gehenny, którą przechodzą uchodzący z piekła terroru widać właściwie w każdym przekazie medialnym, którego tragizm znamy przecież z naszej nieodległej historii – zburzone miasta, okrutni prześladowcy, ucieczka przed nieludzką opresją.

Fakty odnoszące się do uchodźców przedzierających się do ostoi dobrobytu, jakim jawi się Europa, są już powszechnie znane. I tak, w odniesieniu do samej Syrii ocenia się, że wskutek wojny dwanaście milionów ludzi zostało wysiedlonych. Spośród niech osiem milionów pozostało w Syrii, około czterech uciekło zagranicę, zdecydowana większość do sąsiadujących, dotkniętych dotkliwie skutkami niszczącego konfliktu krajów, takich jak malutki Liban. Ledwie ułamek spośród tych zbiegłych przed czyhającą śmiercią, jak się ocenia w przybliżeniu trzysta tysięcy osób, decyduje się na ucieczkę do Europy.

Problemem autentycznym są cierpienia ludzi, którym trzeba pomóc. Argumentów jest bez liku i są one często przytaczane: współczucie, solidarność, chrześcijańskie umiłowanie bliźniego, przyzwoitość, humanitaryzm, empatia, świadomość tego, iż nasi rodzice oraz dziadkowie i babcie przeżywali podobną gehennę wojny i przesiedleń w latach 40. ubiegłego wieku, jak też wiedza o milionach rodaków, którzy w przeszłości i dziś wyjeżdżali z Polski, a taką gościnność innych należy odwzajemnić. To złożony kompleks faktów i zbiorowych wyobrażeń, który skłania do sądu, iż przecież wszyscy powinni podjąć wysiłek na rzecz pomocy ludziom w wywołanej nadzwyczajnymi okolicznościami potrzebie. Nie prą oni do nas dla kaprysu. To żadna przyjemność tułać się i narażać na szykany, cisnąć się na grożących utonięciem łodziach i przekraczać zasieki z drutu kolczastego na granicach. W swoich ojczyznach mieli domy, pracę i przedsiębiorstwa. Wygania ich terror i przemoc. Nie chcą zabrać nam niczego, tylko liczą, że wbrew trudnościom zdołają żyć w pokoju, który zapewnią też swoim dzieciom. Mają nadzieję, że wrócą do domu, a jeśli to okaże się niemożliwe chcieliby rozpocząć życie w nowym miejscu i wówczas dać nam swoje umiejętności i pracę, płacić podatki i zintegrować z przyjmującymi ich społecznościami.

Te oczywiste, wydawałoby się znoszące wszelkie wątpliwości argumenty, które wielu ludzi przecież podziela powinny sprawić, że wszyscy powinni zrobić co tylko w ich mocy, by uciekinierom pomóc. Tymczasem obojętnych lub wrogich przybyciu przyjezdnych jest zatrważająco wielu. Jakimż potworem trzeba być, by nieszczęsnych ludzi lżyć, również wpisami w internecie, atakować lub rzucać w nich petardami. Jakimiż cynikami są handlarze ludzkiego nieszczęścia i ludzkich istnień. Lata doświadczeń podpowiadają, że zmienienie sposobu myślenia zagorzałych, eufemistycznie mówiąc „integrystów rasowych, narodowych, religijnych, kulturowych” jest prawie niemożliwe. Może niebywałe cierpienie innych i apel o ludzki odruch współczucia do nich przemówi.

Lecz niestety nie tylko oni mnożą wątpliwości. Opór przed pomocą sięga najwyższych szczebli władz. Ich wyrazem są choćby zastrzeżenie przywódców państw Grupy Wyszehradzkiej, m.in. premier polskiego rządu. Streszczają się w haśle, „tak, ale”. Potrzebujemy czasu, pieniędzy; chcemy selekcji przyjeżdżających i ich kontroli. Widmo terroryzmu ma usprawiedliwiać powolność i wstrzemięźliwość. Hipotetyczna możliwość zalewu uchodźców z Ukrainy nakazuje ponoć ostrożność. To wymówki i momentami niesłychana małostkowość. Jasne, że zapewnić warunków nie da się ot, tak. Niemniej słabość przygotowania państwa choćby w obliczu wzmiankowanego konfliktu na wschód od polskich granic nie świadczy dobrze o prowadzeniu zaplanowanej polityki w tym względzie. Tymczasem uchodźcy napłynęli skądinąd i należy ich przyjąć. Sytuacja jest wyjątkowa i wymaga nadzwyczajnych działań i mobilizacji.

Za postawą „moja chata z kraja” stoi niestety dość powszechnie podzielane przekonanie, iż kraj nasz należy chronić przed Innymi, zachować jednolity kulturowo i etnicznie, a jakikolwiek precedens rozpocznie obcą „infiltrację”. Mnożą się głosy, że przyjęcie tak „dużej” grupy stanowi zagrożenie i dla bezpieczeństwa, i dla tożsamości. Przecież odlegli kulturowo ludzie nie potrafią się przystosować do życia w naszym kraju.

Czy rzeczywiście coś takiego nam grozi? Czyż jesteśmy tak zakompleksieni, że obawiamy się o naszą kulturę w obliczu garstki ludzi pragnących ewentualnie się u nas osiedlić? Zestawienie liczb znosi te obawy całkowicie. W Unii Europejskiej żyje prawie pół miliarda mieszkańców. Nawet oczekiwanych trzysta tysięcy przybyszów, to ledwie pół procenta unijnej populacji! Gdyby do Polski miała przybyć liczba osób równa owej połowie procenta mieszkańców kraju, to powinniśmy przyjąć 190 tysięcy uciekinierów. Czy zaprawdę taki ułamek najpierw gości i potencjalnie niektórych przyszłych sąsiadów sprawiłby, że zmienimy nasz styl życia, wartości i zwyczaje, przestaniemy mówić po polsku, świętować Wielkanoc i balować do upadłego w Nowy Rok? Nie. Ponadto Polska, przynajmniej jak dotąd, deklaruje gotowość przyjęcia 2 200 ludzi! Nawet gdy będzie to 10 tysięcy przybyszów, to wciąż promil populacji. Mamy się bać, że zachwieje naszym krajem? Jeśli tak jest, to źle z naszą tożsamością i słabiutki to kraj.

Co można zrobić? Z jednej strony państwo polskie powinno pokazać swe solidarne z krzywdzonymi i zarazem z Europą oblicze. Nie można tylko brać, trzeba umieć dawać. Wydatek na uchodźców to znów ułamek w stosunku to setek miliardów euro środków pomocowych. To jeszcze mniej w stosunku do naszego PKB. Szczycimy się też, że należymy do grona najbogatszych społeczeństw świata – i tak jest. Zaiste małe wyrzeczenie warte jest ratowania ludzi, a przy okazji twarzy i sumienia. Z drugiej strony inicjatywa należy do społeczeństwa, jego oddolnych działań. W tym względzie godna pochwały jest postawa Kościoła Katolickiego. Apel papieża i prymasa pokazuje drogę, którą można mieć nadzieję pójdzie wielu. Nie tylko parafie, lecz także gminy i lokalne wspólnoty, a nawet jednostki. Wszyscy uczynić mogą wiele, by sprawić, że ludzie tacy jak my będą mogli żyć tak jak my i wśród nas.

Michał Buchowski

Dyrektor Centrum Badań Migracyjnych

na UAM w Poznaniu